W Białymstoku trwa walka ze skutkami ulewy, do której doszło 7 maja. W ciągu 3,5 godziny na metr kwadratowy powierzchni spadło aż 70 litrów wody. To więcej niż powinno przez cały maj. Wiele osób sprząta teraz pozalewane domy, piwnice i auta oraz liczy poniesione straty.

Inni zastanawiają się jak mogło (znowu) do tego dojść. Niestety będzie dochodzić nadal. Bardzo trudne do prognozowania deszcze nawalne oraz powstające w ich wyniku powodzie błyskawiczne to coraz częstsze zjawiska. Ich przyczyną są zmiany klimatyczne wywoływane przez działalność człowieka w skali planety. Ale na skutki ekstremalnych opadów wpływa także sposób zagospodarowania naszych miast. W zależności od tego jak projektujemy przestrzeń mogą być one mniejsze lub większe. W Białymstoku możemy zaobserwować szereg czynników negatywnie wpływających zarówno na jakość życia mieszkańców, jak i “klimatoodporność” miejskiego organizmu.

Dane z radaru opadów. Żółto-pomarańczowy kolor oznacza maksymalne natężenie opadów, które kumuluje się bezpośrednio nad Białymstokiem. W innych częściach regionu opady są dużo słabsze, na co wskazują różne odcienie niebieskiego. Fot. IMGW-PIB.

Według meteorologów niedzielna ulewa była efektem oddziaływania tzw. miejskiej wyspy ciepła. Nagrzana, betonowa zabudowa Białegostoku oddała ciepło, które po spotkaniu z przechodzącymi nad miastem chmurami, zwiększyło intensywność opadu. Zabetonowanie miasta zmniejsza także jego retencję – zdolność do gromadzenia i przetrzymywania wody. Deszcz zwyczajnie nie ma wtedy w co wsiąknąć. Postulaty zakładania nowych skwerów i parków, a także ochrony drzew przed wycinkami stają się w tym świetle szczególnie aktualne. Przykład inwestycji deweloperskiej powstającej przy ulicy Jurowieckiej pokazuje, że intensywna zabudowa potrafi wejść nawet pod sam korytarz rzeki Białej. Tymczasem mogłaby ona nie szkodzić, lecz służyć walce z powodziami. Na zachodzie “zielone dachy” budynków wykorzystuje się do retencji dużej ilości deszczówki. Do tego jednak należałoby przekonać inwestorów, a ci w poszukiwaniu zysku na metrze, ograniczają do minimum wymaganą przepisami “powierzchnię biologicznie czynną” (25% działki).

Problem potęguje ponadto regulowanie rzek. Eksperci wskazują, że w naturalnym korycie mieści się więcej wody, płynie ona wolniej i nie dochodzi do gwałtownych kumulacji fal powodziowych. Na zachodzie standardem jest obecnie renaturyzacja – doprowadzanie kształtu koryta rzeki i nadrzecznej roślinności do stanu zbliżonego do naturalnego. Może warto pomyśleć o tym w kontekście naszej “Białki”? Czy naprawdę na całej swojej długości w Białymstoku musi być ona obłożona betonowymi płytami i kamieniem? Czy zapowiadana od lat budowa nadrzecznych bulwarów nie mogłaby przewidywać chociażby częściowego “zdziczenia” Białej oraz stworzenie obiektów małej retencji – oczek wodnych i stawów służących także rekreacji? Grupa mieszkańców Dojlid w ubiegłym roku bezskutecznie próbowała zgłosić do Budżetu Obywatelskiego projekt odbudowy istniejącego tam 400 lat wcześniej stawu. Może warto przyjrzeć mu się ponownie? Te pytania powinny pojawić się w dyskusji nad przyszłością naszej miejskiej rzeki.

Zrenaturyzowana rzeka Weschnitz w Niemczech. Fot. Dirk Schmidt (CC BY-SA 3.0).

Warto wiedzieć, że Białystok znajduje się w gronie miast objętych programem Ministerstwa Środowiska “Wczujmy się klimat. Opracowanie planów adaptacji do zmian klimatu w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców”. Przewiduje on ocenę wrażliwości i podatności na zmiany klimatu dla każdego z 44 największych polskich miast partnerskich i zaplanowanie działań adaptacyjnych, adekwatnych do zagrożeń. Warto dopingować Prezydenta i urzędników w opracowywaniu tego planu. Przykład nieprzyjętej od ponad roku uchwały krajobrazowej pokazuje, że praca nad aktami administracyjnymi o dużym znaczeniu dla miasta potrafi trwać bardzo długo. Jednak w tym wypadku nie chodzi o “jakość życia” czy “ład przestrzenny” – dla wielu abstrakcyjne wydumki ruchów miejskich. Chodzi o życie, zdrowie i mienie wielu białostoczan, którzy w kolejnych latach mogą ucierpieć w wyniku skutków zmian klimatycznych.

Problemem są nie tylko ulewy, ale też smog czy fale upałów w betonowym, pozbawionym drzew, mieście. Każdy z nas, choć nie wszyscy w równym stopniu, odpowiadamy za zmiany klimatyczne. I wspólnie powinniśmy włączyć się w walkę ze skutkami ocieplenia, globalnego ale wpływającego na nasze małe, lokalne ojczyzny. Zamiana auta na transport publiczny lub rower, segregacja śmieci, oszczędzanie wody i energii – to zadania dla nas. Od miasta zaś mamy prawo oczekiwać ochrony przestrzeni publicznej przed betonem i asfaltem, zachowania istniejącej zieleni i tworzenia nowej, a także zmniejszenia ruchu samochodowego. Nie bądźmy jak ta żaba, która wrzucona do garnka ze stopniowo podgrzewaną wodą, tkwi w nim aż się ugotuje, nieświadoma zwiększającej się powoli temperatury. Zmiany klimatu często są nieuchwytne dla oka, ale postępują i mają ogromny wpływ na nasze życie. Jeżeli nie uda nam się ich powstrzymać, to przynajmniej się na nie przygotujmy. Bądźmy “klimatoodporni”. Inaczej możemy mieć przechlapane, jak w zeszłą niedzielę.

Tekst ukazał się 12 maja 2017 r. w „Magazynie Białostockim” Gazety Wyborczej.